Ta sama konstrukcja co Iron Condor, ale oba sprzedane strike'i stoją w jednym miejscu, nie w dwóch. Więcej premii z góry, ale przedział, w którym zarabiasz, jest dużo węższy.
W Iron Condorze sprzedany PUT i sprzedany CALL mają różne strike'i, więc masz między nimi „płaskowyż" zysku. W Iron Butterfly sprzedajesz CALL i PUT na tym samym strike'u — zwykle tam, gdzie akcja notuje w momencie otwarcia pozycji. Do tego, dokładnie jak w condorze, kupujesz dalsze opcje po obu stronach jako ochronę.
Skoro sprzedajesz opcje dokładnie przy pieniądzu (ATM), a nie z dala od ceny, premia jest znacznie wyższa — ATM to punkt, gdzie opcje mają najwięcej wartości czasowej. Problem: maksymalny zysk osiągasz tylko wtedy, gdy akcja na wygaśnięciu wyląduje dokładnie na tym strike'u. Im dalej się od niego oddali w dowolną stronę, tym szybciej topnieje zysk — to nie płaskowyż, tylko szczyt.
Gdy masz wyjątkowo silne przekonanie, że cena skończy blisko konkretnego poziomu — np. akcja od tygodni handluje w wąskim, uśpionym zakresie i nic nie zapowiada zmiany. To zakład węższy i bardziej ryzykowny niż Iron Condor, ale za to lepiej wynagradzany, jeśli trafisz.
Przykład (liczby ilustracyjne, nie rekomendacja): akcja XYZ kosztuje 100 zł. Sprzedajesz CALL 100 za 3,50 zł i PUT 100 za 3,30 zł (kredyt 6,80 zł), a jako ochronę kupujesz CALL 110 za 0,80 zł i PUT 90 za 0,70 zł (koszt 1,50 zł). Wszystko wygasa za 30 dni. Kredyt netto: 5,30 zł za akcję (530 zł).
Mylenie tego z Iron Condorem i zakładanie podobnej tolerancji na ruch ceny. Tu strefa realnego zysku jest wyraźnie węższa — nawet umiarkowane odchylenie od strike'u potrafi szybko zamienić dużą premię w stratę. To strategia dla precyzyjnej prognozy, nie dla ogólnego „rynek chyba stanie w miejscu".